Sta� tam, blokuj�c mi przej�cie facet z twarz� jak ogorza�e awokado. Rozpozna�em ten wyraz twarzy zanim pozna�em cz�owieka. Wyra�a� uparto��, irytacj�, znu�enie. Twarz o takim wyrazie nale�a�a do Audeetego Walthersa Jr, kt�ry - jak podpowiedzia� mi m�j program sekretarski - pr�bowa� skontaktowa� si� ze mn� od kilku dni.
- Cze�� Audee - powiedzia�em, naprawd� bardzo serdecznie, potrz�saj�c jego d�oni� i kiwaj�c g�ow� w stron� pi�knej m�odej kobiety o orientalnym wygl�dzie, kt�ra sta�a obok niego - to wspaniale, �e ci� znowu widz�! Mieszkasz w tym hotelu? Cudownie! S�uchaj, musz� lecie�, ale um�wmy si� na kolacj�, ustalcie to z recepcjonist�, dobrze? Wracam za par� godzin. - U�miechn��em si� do niego i do m�odej kobiety, po czym zostawi�em ich tam.
Nie mam zamiaru teraz udawa�, �e to by� szczyt dobrego wychowania, ale - jak to si� czasem zdarza - rzeczywi�cie si� spieszy�em, a poza tym moje jelito dawa�o mi si� we znaki. Wpakowa�em Essie do taks�wki jad�cej w jednym kierunku, a sam z�apa�em inn�, kt�ra mia�a zawie�� mnie do s�du. Pewnie, gdybym wiedzia�, z czym Walthers na mnie czeka, by�bym bardziej wyrozumia�y. Ale nie wiedzia�em, przed czym w ten spos�b uciekam.
Ani ku czemu uciekam, je�li ju� mamy by� precyzyjni.
Ostatni odcinek drogi istotnie pokona�em nieco mniej pospiesznie, gdy� ruch by� wi�kszy ni� zwykle. Na ulicy trwa�a parada, kt�ra w�a�nie mia�a rozpocz�� marsz, a wok� Mi�dzynarodowego Pa�acu Sprawiedliwo�ci zgromadzi� si� t�um. Pa�ac to czterdziestopi�trowy drapacz chmur, zamocowany na kesonach w b�otnistej glebie Rotterdamu. Ogl�dany z zewn�trz dominuje nad po�ow� miasta. Ogl�dany od wewn�trz sk�ada si� ze
szkar�atnych draperii i p�przepuszczalnego szk�a, modelowy symbol nowoczesnego mi�dzynarodowego trybuna�u. To nie jest miejsce, gdzie idziesz wyk��ca� si� o mandat za parkowanie.
Nie jest to te� miejsce, gdzie ktokolwiek w og�le przejmuje si� poszczeg�lnymi jednostkami; gdybym by� cho� odrobin� pr�ny, a tak jest w istocie, m�g�bym puszy� si� z dumy na sam� my�l, �e w procesie, w kt�rym by�em, z technicznego punktu widzenia, pozwanym, wyst�powa�o czterna�cie zainteresowanych stron, z kt�rych cztery by�y niepodleg�ymi pa�stwami. W samym Pa�acu mia�em nawet wynaj�te biuro do u�ytku prywatnego, poniewa� przys�ugiwa�o to wszystkim zainteresowanym stronom. Ale nie poszed�em prosto do biura. By�a prawie jedenasta, istnia�a wi�c niema�a szansa, �e s�d ju� rozpocz�� sesj� przewidzian� na ten dzie�, u�miechn��em si� wi�c i zacz��em przepycha� do sali przes�ucha�. By�a zat�oczona. Zawsze by�a zat�oczona, bo podczas przes�ucha� mo�na by�o zobaczy� wiele znanych osobisto�ci. W swej pr�no�ci pomy�la�em, �e r�wnie� si� do nich zaliczam i wchodz�c s�dzi�em, �e wiele g��w zwr�ci si� w moj� stron�. Nie by�o �adnych g��w i �adnego odwracania. Wszyscy gapili si� na p� tuzina wychudzonych, brodatych indywidu�w w afryka�skich tunikach i sanda�ach, siedz�cych przy barierce po stronie sali przeznaczonej dla powod�w, pij�cych Coca-col� i chichocz�cych do siebie. Starcy. Nie co dzie� mo�na by�o ich ogl�da�. Pogapi�em si� na nich jak wszyscy, a� poczu�em dotkni�cie na ramieniu i odwr�ci�em si�, by ujrze� Maitre Ijsingera, mojego prawnika z krwi i ko�ci, patrz�cego na mnie z wyrzutem. - Sp�ni� si� pan, Mijnheer Broadhead - szepn��. - S�d zauwa�y pana nieobecno��.
Poniewa� S�d zaj�ty by� w�a�nie poszeptywaniem i wyk��caniem si� o to, czy dziennik pierwszego badacza, kt�ry odkry� tunel Heech�w na Wenus mo�na uzna� za materia� dowodowy, szczerze w to w�tpi�em. Ale jak si� p�aci prawnikowi tyle, co ja Maitre Ijsingerowi, to nie po to, �eby si� z nim k��ci�.
W nadziei, �e odkryte przez nich przy pierwszej wizycie na Ziemi australopiteki w ko�cu wyewoluuj� tworz�c cywilizacj� techniczn�, Heechowie zdecydowali si� zachowa� z�o�on� z nich koloni� w czym� w rodzaju zoo. Ich potomk�w nazwano "Starcami". Oczywi�cie, Heechowie pomylili si� w swoich prognozach. Australopiteki nigdy nie naby�y inteligencji, jedynie wymar�y. Dla ludzkiej rasy by�a kub�em zimnej wody refleksja, �e tzw. "Niebo Heech�w", czyli najwi�kszy i najbardziej zaawansowany technologicznie statek kosmiczny, jaki widzia�a ludzko��, by� w rzeczywisto�ci tylko czym� w rodzaju klatki z ma�pami.
Oczywi�cie, nie by�o �adnego powodu prawnego, �ebym w og�le mu p�aci�. Je�li o cokolwiek w ten sprawie chodzi�o, to o wniosek Cesarstwa Japonii o rozwi�zanie Korporacji Gateway. Uczestniczy�em w niej, jako znacz�cy udzia�owiec w przedsi�wzi�ciach czarterowych S. Ja., gdy� Boliwijczycy wyst�pili z wnioskiem o zakazanie lot�w czarterowych twierdz�c, �e finansowanie kolonist�w by�o r�wnoznaczne z "przywr�ceniem niewolnictwa." Kolonist�w nazywano w nim "wzi�tymi w niewol� ch�opami pa�szczy�nianymi", a ja, wraz z innymi, zosta�em okre�lony jako "niecny wyzyskiwacz ludzkiej niedoli". Co tu robili Starcy? C�, r�wnie� byli stron� post�powania, gdy� twierdzili, i� S. Ja. jest ich w�asno�ci� - oni i ich przodkowie �yli tam od tysi�cy lat. Ich pozycja w s�dzie by�a nieco skomplikowana. Pozostawali pod opiek� rz�du Tanzanii, gdy� uznano, �e to w�a�nie Tanzania by�a ich pierwotn� ziemsk� ojczyzn�, ale Tanzania nie by�a reprezentowana na sali s�dowej. Tanzania bojkotowa�a Pa�ac Sprawiedliwo�ci z powodu niekorzystnej dla niej decyzji dotycz�cej pocisk�w woda-ziemia, wydanej rok wcze�niej, wi�c ich sprawami zajmowa� si� Paragwaj, kt�ry w istocie by� stron� bezpo�rednio zainteresowan� z powodu sporu granicznego z Brazyli�, kt�ra z kolei by�a obecna jako pa�stwo, gdzie znajdowa�a si� siedziba Korporacji Gateway. Nad��acie za tym wszystkim? Bo ja nie i dlatego zatrudni�em Maitre Ijsingera.
Gdybym pozwala� sobie na anga�owanie si� w ka�dy g�upi proces o par� milion�w dolar�w, nie wychodzi�bym przez ca�y dzie� z sali s�dowej. Mam zbyt wiele do roboty z pozosta�ymi aspektami mojego �ycia, wi�c w normalnych warunkach rzuci�bym do walki prawnik�w i sp�dza� czas w znacznie sensowniejszy spos�b, plotkuj�c z Albertem Einsteinem albo brodz�c przy brzegu Morza Tappajskiego z moj� �on�. Teraz wszak�e by�o kilka szczeg�lnych powod�w dla mojej obecno�ci. Zobaczy�em jeden z nich, wp� �pi�cy, siedz�cy na sk�rzanym krze�le ko�o Starc�w.
- Chyba tam p�jd� i zobacz�, czy Joe Kwiatkowski nie ma ochoty na fili�ank� kawy - zwr�ci�em si� do Ijsingera.
Kwiatkowski by� Polakiem reprezentuj�cym Wschodnioeuropejsk� Wsp�lnot� Gospodarcz�, a w tym procesie - jednym z powod�w. Ijsinger zblad�.
- Ale� on jest naszym przeciwnikiem!.
- Ale jest r�wnie� moim starym przyjacielem - odpar�em, tylko nieco naginaj�c fakty - Kwiatkowski by� poszukiwaczem z Gateway i par� razy t�go popili�my wspominaj�c dawne dobre czasy.
- Podczas procesu o takiej randze nie ma przyjaci� - poinformowa� mnie Ijsinger, a ja ograniczy�em si� rzucenia mu u�miechu i pochyli�em si�, by sykn�� na Kwiatkowskiego, z kt�rym fajnie si� gada�o, je�li tylko by� w pe�ni obudzony.
- Nie powinienem by� z tob� tutaj, Robin - hukn�� na mnie, kiedy znale�li�my si� w moim apartamencie na pi�tnastym pi�trze. - Zw�aszcza siedz�c przy kawie! A masz co� do kawy?
Pewnie, �e mia�em - �liwowic� z jego ulubionej krakowskiej gorzelni. I kambod�a�skie cygara jego ulubionej marki, solone �ledzie i do tego wszystkiego herbatniki.
Gmach s�du zbudowano nad ma�ym kana�em przy rzece Maas i czu�o si� zapach wody. Poniewa� uda�o mi
si� otworzy� okno, s�ycha� by�o ��dki przep�ywaj�ce pod utworzonym przez budynek �ukiem i odg�osy samochod�w przeje�d�aj�cych tunelem pod Maas odleg�ym o �wier� kilometra. Otworzy�em okno nieco szerzej z powodu palonego przez Kwiatkowskiego cygara i ujrza�em flagi i orkiestry na ulicach.
- Z jakiej okazji ta dzisiejsza parada? - zapyta�em. Zlekcewa�y� to pytanie.
- Bo wojsko lubi parady - mrukn��. - A teraz do�� b�azenady, Robin. Wiem czego chcesz i z g�ry m�wi�, �e to niemo�liwe.
- Chc� - odpar�em - �eby WWG pomog�a mi unieszkodliwi� terroryst�w wraz z ich statkiem, co le�y w interesie nas wszystkich. A ty mi m�wisz, �e to niemo�liwe. �wietnie, przyjmuj� to do wiadomo�ci, ale czemu to jest niemo�liwe?
- Bo ty nic nie wiesz o polityce. Wydaje ci si�, �e WWG mo�e sobie p�j�� do Paragwajczyk�w i powiedzie� im: S�uchajcie, id�cie i dobijcie interesu z Brazyli�, to znaczy wy b�dziecie bardziej elastyczni w tym sporze o granic�, je�li oni podziel� si� informacjami z Amerykanami, co umo�liwi schwytanie statku terroryst�w.
- Tak - odpar�em. - Dok�adnie tak mi si� wydaje.
- To �le ci si� wydaje. Nie b�d� chcieli nawet z tob� gada�.
- WWG - rzek�em cierpliwie, gdy� na t� okoliczno�� zosta�em dobrze wyposa�ony w informacje przez m�j system wyszukiwania danych, Alberta Einsteina - jest najwi�kszym partnerem handlowym Paragwaju. Je�li tylko gwizdniecie, oni podskocz�.
- W wi�kszo�� przypadk�w - tak. Kluczem do ca�ej sytuacji jest Republika Kambod�y. Maj� swoje prywatne uk�ady z Paragwajem. I nic ju� na ten temat nie powiem, co najwy�ej, �e zosta�y one zaakceptowane na najwy�szym szczeblu. Poprosz� jeszcze kawy - doda�, wyci�gaj�c fili�ank� - i tym razem z mniejsz� zawarto�ci� kawy.
Nie pyta�em Kwiatkowskiego, co to s� te "prywatne
ustalenia", bo gdyby chcia� mi o nich powiedzie�, to nie nazywa�by ich "prywatnymi". Nie musia�em pyta�. Chodzi�o o sprawy wojskowe. Wszystkie "prywatne ustalenia", jakich dokonywa�y mi�dzy sob� rz�dy, mia�y charakter wojskowy, a gdybym tak nie przejmowa� si� terrorystami, to zamartwia�bym si� szale�stwem widocznym w zachowaniu uroczy�cie wy�wi�conych rz�d�w. Ale nie wszystko na raz.
Zgodnie z rad� Alberta wezwa�em wi�c do mojego biura prawniczk� z Malezji, a nast�pnie misjonarza z Kanady, za� w dalszej kolejno�ci - genera�a z Alba�skich Si� Lotniczych, a dla ka�dej z tych os�b mia�em jak�� przyn�t�, kt�r� pomacha�em jej przed nosem. Albert powiedzia� mi, za jakie d�wignie nale�y poci�ga� i jakie szklane paciorki rozdawa� dzikusom - tu dodatkowy przydzia� przewoz�w dla kolonist�w, tam darowizna na cele charytatywne. Czasami wystarczy� sam u�miech. Rotterdam by� dobrym miejscem na robienie takich rzeczy, od czas�w, gdy przeniesiono Pa�ac Sprawiedliwo�ci z Hagi. Haga nieco ucierpia�a ostatnimi czasy, gdy pewien �artowni� zabawia� si� TNP, wi�c wszystkich mo�na by�o teraz znale�� w Rotterdamie. Wszystkie typy ludzkie. Wszelkie kolory sk�ry, p�cie, we wszelkich mo�liwych ubiorach, od ekwadorskich prawniczek w sp�dniczkach mini, po nabab�w od energii geotermalnej z Wysp Marshalla w sarongach i naszyjnikach z z�b�w rekina. Trudno by�o okre�li�, czy robi� jakie� post�py, ale o wp� do pierwszej m�j brzuch powiedzia� mi, �e zaraz zacznie mnie powa�nie bole�, je�li nie wrzuc� do� jakiego� �arcia, wi�c na reszt� dnia postanowi�em si� urwa�. Pomy�la�em z t�sknot� o naszym przyjemnym, cichym apartamencie hotelowym z pi�knym, letnim stekiem przyniesionym przez obs�ug� i zdj�ciu but�w, ale obieca�em Essie, �e spotkam si� z ni� w jej firmie. Poprosi�em wi�c Alberta, �eby podsumowa� to, co uda�o mi si� osi�gn�� oraz przygotowa� zalecenia na przysz�o�� i przedar�em si� do taks�wki.
Nie da si� nie zauwa�y� tych filii restauracji Essie. �uki z l�ni�cego niebiesko metalu Heech�w mo�na ju�
chyba spotka� w ka�dym kraju �wiata. Jako szefowa Essie zarezerwowa�a dla nas stolik na balkonie, oddzielony ozdobnym sznurem, i przywita�a mnie na schodach poca�unkiem, zmarszczeniem brwi i dylematem.
- Robin! Pos�uchaj! Oni chc� tu podawa� majonez do frytek. Czy powinnam si� zgodzi�?
Odda�em jej poca�unek, ale zerka�em przy tym ponad jej ramieniem, pr�buj�c dojrze�, jaki� to straszliwy chaos przygotowano dla nas na nakrytym stole.
- To ju� twoja decyzja - odpar�em.
- Tak, oczywi�cie, to moja decyzja. Ale to wa�ne, Robin! Tak bardzo si� starali�my, �eby odtworzy� smak prawdziwych frytek, wiesz. A teraz majonez? - Cofn�a si� i przyjrza�a mi nieco uwa�niej, a jej wyraz twarzy si� zmieni�. - Jeste� taki zm�czony! Masz tyle zmarszczek! Robin, jak si� czujesz?
Obdarowa�em j� najbardziej czaruj�cym z moich u�miech�w.
- Jestem tylko g�odny, z�otko - odkrzykn��em i z fa�szywym entuzjazmem spojrza�em na ustawione przede mn� talerze. - No, no! Nie�le to wygl�da, co to jest, taco?
- To czapati - odpar�a z dum�. - Taco le�y tam. A tu bliny. Powiedz, czy ci smakuje. - Pewnie, musia�em spr�bowa� wszystkiego, a nie by�o to co�, czego �yczy� sobie m�j �o��dek. Taco, czapati, kulki ry�owe w kwa�nym rybnym sosie, co�, czego smak kojarzy� mi si� g��wnie z gotowanym j�czmieniem. �adna z tych potraw nie by�a w moim gu�cie. Ale wszystkie by�y jadalne.
By�y r�wnie� darem Heech�w. Wielkie odkrycie, kt�rym podzielili si� z nami Heechowie, g�osi�o, �e wi�kszo�� �ywych tkanek, tak�e twoich i moich, sk�ada si� z czterech pierwiastk�w: w�gla, wodoru, tlenu i azotu - C, H, O, N - po�ywienia CHON. Poniewa� w�a�nie z takich gaz�w jest zbudowana najlepsza cz�� komety, Heechowie wybudowali swoj� Fabryk� Po�ywienia w Ob�oku Oorta, gdzie komety naszego S�o�ca wisz� sobie spokojnie, a� jaka� gwiazda je stamt�d wyci�gnie i wy�le, �eby ozdobi�y nasze niebo.
CHON to jednak nie wszystko. Potrzebujemy jeszcze paru innych pierwiastk�w. Najwa�niejsza z nich jest chyba siarka, potem, zdaje si�, s�d, magnez, fosfor, chlor, potas, wap� - �e nie wspomn� o odrobince kobaltu, z kt�rej powstaje witamina B-12, chromie niezb�dnym dla tolerancji glukozy, jodzie dla tarczycy, licie, fosforze, arsenie, selenie, molibdenie, kadmie, cynku do kompletu. Pewnie potrzebny jest ca�y uk�ad okresowy pierwiastk�w, przynajmniej w �ladowych ilo�ciach, ale w przypadku wi�kszo�ci z nich s� to tak ma�e ilo�ci, �e nie trzeba si� nawet martwi� o dodawanie ich do ca�ej tej breji - pojawiaj� si� jako zanieczyszczenia, czy tego chcemy, czy nie. Wi�c zatrudnione przez Essie chemicznych kucharek sze�� pracowa�o, �eby by�o co je��, i to dla wszystkich - nie tylko po to, �eby utrzyma� ludzi przy �yciu, ale podaj�c im to w formie da� z r�nych stron �wiata, od czapati po kulki ry�owe. Z po�ywienia CHON da si� zrobi� wszystko, je�li si� tylko odpowiednio wymiesza sk�adniki. Opr�cz tego Essie zarabia�a na tym kup� pieni�dzy, a przy okazji okaza�o si�, �e sprawia jej to frajd�.
W ko�cu zdecydowa�em si� na co�, przeciwko czemu nie opiera� si� m�j �o��dek - wygl�da�o to jak hamburger i smakowa�o jak sa�atka z awokado z kawa�kami bekonu, a Essie powiedzia�a, �e nazwali to Big Chon - Essie wsz�dzie by�o pe�no. Sprawdzanie temperatury promiennik�w podczerwonych, szukanie t�uszczu pod zmywarkami, pr�bowanie deser�w, robienie wielkiej awantury, bo koktajle mleczne by�y zbyt chude.
Essie da�a mi s�owo, �e �adne jedzenie z jej restauracji nie b�dzie dla nikogo szkodliwe, cho� m�j �o��dek wykaza� nieco mniej wiary w jej s�owa ni� ja. Nie podoba� mi si� ha�as dochodz�cy z ulicy na zewn�trz - czy to z powodu parady? - ale poza tym by�o mi tak dobrze, jak tylko mog�o by� w tej sytuacji. By�em wystarczaj�co odpr�ony, by docenia� zwrot, jaki nast�pi� w naszym �yciu. Kiedy Essie i ja pojawiamy si� gdzie� publicznie, ludzie si� na nas gapi� i to zwykle akurat na mnie. Ale nie tutaj. W restauracjach swojej sieci Essie by�a gwiazd�.
Na zewn�trz przechodnie gromadzili si�, by obejrze� parad�. Wewn�trz �aden z pracownik�w nie po�wi�ci� jej ani odrobiny uwagi. Po�wi�cili si� pracy, z widocznym napi�ciem mi�ni karku, rzucaj�c ukradkowe spojrzenia w jednym kierunku - na wspania�� dam�, kt�ra by�a ich szefow�. C�, Essie nie zawsze zachowywa�a si� jak dama; odnios�a korzy�ci z �wier�wiecza nauki j�zyka angielskiego u eksperta - czyli mnie - ale kiedy si� wkurzy, po ca�ym pomieszczeniu lataj� takie s�owa, jak "niekulturny" i "swo�ocz".
Przemie�ci�em si� do okna na drugiej kondygnacji, �eby rzuci� okiem na parad�. Zbli�a�a si� w stron� Weeny, z dziesi�cioma osobami w jednej linii, z orkiestrami, wrzaskami i transparentami. Beznadzieja. Albo co� jeszcze gorszego. Po drugiej stronie ulicy, przed stacj�, powsta�o jakie� zamieszanie, policjanci i transparenty, zwolennicy ponownych zbroje� kontra pacyfi�ci. Nie da�o si� ich odr�ni� patrz�c, jak wal� si� po g�owach transparentami, za� Essie, kt�ra zn�w si� obok mnie pojawi�a si�gaj�c po w�asny Big Chon, spojrza�a na nich i potrz�sn�a g�ow�.
- Jak tam kanapka? - naciska�a.
- W porz�dku - odpar�em, z ustami pe�nymi w�gla, wodoru, tlenu i azotu plus pierwiastki �ladowe. - Rzuci�a mi spojrzenie typu "m�w g�o�niej". - Powiedzia�em, �e w porz�dku - podnios�em g�os.
- Nie s�ysz� ci� w tym ha�asie - poskar�y�a si� oblizuj�c wargi; smakowa�o jej to, czym handlowa�a. Wskaza�em g�ow� w stron� parady.
- Nie wiem, czy to takie dobre - powiedzia�em.
- Pewnie nie - zgodzi�a si�, patrz�c z niesmakiem na grup� ludzi, kt�r� chyba nazywaj� Zouaves, czy jako� tak - maszeruj�cy w mundurach ciemnosk�rzy. Nie widzia�em ich naszywek narodowych, ale ka�dy z nich mia� na ramieniu szybkostrzelny karabinek i pokazywa� r�ne wygibasy: obr�t, stukni�cie kolb� o chodnik, podrzut ze schwytaniem, wszystko to bez przerywania marszu.
- Chyba powinni�my ju� wraca� do s�du - powiedzia�em.
Si�gn�a nad sto�em i wzi�a ostatnie okruchy mojej kanapki. Niekt�re Rosjanki po czterdziestce rozp�ywaj� si� w fa�dach t�uszczu, inne kurcz� si� i wysychaj�. Ale nie Essie. Nadal mia�a proste plecy i cienk� tali�, kt�ra wpad�a mi w oko przy pierwszym spotkaniu.
- Chyba tak - odpar�a i zacz�a zbiera� swoje programy, ka�dy z nich na w�asnym wachlarzu. - Do�� si� naogl�da�am mundur�w w dzieci�stwie, jako� nie mam ochoty patrze� na nie teraz.
- Nie da si� zrobi� parady bez mundur�w.
- Nie chodzi tylko o parad�. Sp�jrz, na chodniku te� stoj�. - I rzeczywi�cie tak by�o, mniej wi�cej co czwarta osoba mia�a na sobie jaki� mundur. By�o to troch� zaskakuj�ce i opanowa�o mnie dziwne uczucie. Rzecz jasna, ka�dy kraj zawsze mia� jakie� si�y zbrojne, ale trzymano je w ukryciu, jak domow� ga�nic� w schowku. Ludzie tak naprawd� nigdy ich nie ogl�dali. Ale teraz znowu zacz�li si� rzuca� w oczy.
- Tak czy inaczej - powiedzia�a, starannie zbieraj�c okruchy CHON ze sto�u na jednorazowy talerzyk i rozgl�daj�c si� na koszem na �mieci - musisz by� ju� zm�czony, wi�c powinni�my i��. Daj mi swoje �mieci.
Czeka�em na ni� przy drzwiach, a Essie zmarszczy�a brwi, gdy do mnie podesz�a.
- Pojemnik jest prawie pe�en. A w instrukcji jest napisane wyra�nie, �e nale�y go opr�nia� przy wype�nieniu w sze��dziesi�ciu procentach - a co si� stanie, je�li w jednej chwili wyjdzie wi�ksza grupa ludzi? Powinnam wr�ci� i pouczy� mened�era - och, diabli - krzykn�a, a jej wyraz twarzy si� zmieni�. - Zapomnia�am zabra� programy! - I pobieg�a z powrotem na g�r�, gdzie zostawi�a swoje wachlarze.
Sta�em przy drzwiach, czekaj�c na ni� i obserwuj�c parad�. To by�o tak obrzydliwe! By�y tam autentyczne fragmenty uzbrojenia, jak dzia�ka przeciwlotnicze i transportery opancerzone, a za kapel� graj�c� na dudach sz�a ekipa �ongluj�ca pistoletami maszynowymi. Poczu�em, jak drzwi otwieraj� si� za mn� i odsun��em si� na bok, kiedy Essie je popchn�a.
- Znalaz�am je - powiedzia�a u�miechaj�c si� i trzymaj�c gruby plik wachlarzy, kiedy zwr�ci�em si� w jej stron�.
I wtedy co� podobnego do osy przelecia�o ko�o mojego ucha.
W Rotterdamie nie ma os. Ujrza�em jak Essie pada do ty�u, a drzwi si� za ni� zamykaj�. To nie by�a osa. To by� wystrza� z broni palnej. Jeden z tych podrzucanych pistolet�w musia� mie� w lufie prawdziwy nab�j i wypali�.
Ju� kiedy� prawie straci�em Essie. To by�o dawno temu, ale o tym nie zapomnia�em. Ca�y ten �al nap�yn�� zn�w tak �ywy, jakby to si� sta�o wczoraj, kiedy odepchn��em te durne drzwi i pochyli�em si� nad ni�. Le�a�a na plecach, z plikiem zwi�zanych wachlarzy na twarzy, a kiedy j� podnosi�em spostrzeg�em, �e cho� ma krew na twarzy, oczy ma szeroko otwarte i patrzy na mnie.
- Hej, Rob! - powiedzia�a ze zdumieniem w g�osie. - Uderzy�e� mnie?
- Rany, nie! Dlaczego mia�bym ci� uderzy�? - Jedna z dziewcz�t z obs�ugi podbieg�a do nas z plikiem papierowych serwetek. Z�apa�em je i wskaza�em na elektrosamoch�d w czerwone i bia�e paski z napisem Poliklinische centrum wyrytymi na burcie, stoj�cy na skrzy�owaniu z powodu parady. - Hej, ty! Sprowad� karetk�! I wezwij policj�, tylko szybko!
Essie usiad�a, odepchn�a moj� r�k�, a dooko�a nas zaroi�o si� od policjant�w i obs�ugi.
- Po co karetka, Robin? - zapyta�a przytomnie. - To tylko krew z nosa, zobacz! - I faktycznie nic innego nie by�o. Mia� miejsce strza�, zgadza si�, ale kula uderzy�a w plik wachlarzy i tam utkwi�a. - Moje programy! - zaj�cza�a Essie, pr�buj�c odebra� je policjantowi, kt�ry chcia� wyj�� z nich kul� jako materia� dowodowy. Ale i tak by�y zniszczone. Tak w�a�nie rozwija� si� m�j dzie�.
Kiedy Essie i ja byli�my na randce z przeznaczeniem, Audee Walthers zabra�, swoj� dziewczyn� na zwiedzanie Rotterdamu. A� si� spoci�, kiedy si� rozstali�my; tak na niekt�rych dzia�a obecno�� du�ych pieni�dzy.
Brak pieni�dzy pozbawi� Walthersa i Yee-xing przyjemno�ci zwiedzania Rotterdamu. A mimo to, dla Walthersa, kt�ry mia� jeszcze we w�osach siano z planety Peggy oraz dla Yee-xing, kt�ra rzadko przebywa�a w miejscach innych ni� S. Ja. czy bezpo�rednie otoczenie p�tli startowej, Rotterdam by� prawdziw� metropoli�. Nie mogli sobie pozwoli� na kupienie niczego, ale przynajmniej mogli poogl�da� wystawy. Broadhead zgodzi� si� na spotkanie, powtarza� sobie Walthers, kiedy jednak pozwoli� sobie na my�lenie o tym z zadowoleniem, ciemna strona Walthersa odpowiedzia�a z gwa�town� pogard�: Broadhead tylko powiedzia�, �e si� z nimi spotka. Ale jako� nie podchodzi� do tego ze szczeg�lnym entuzjazmem...
- Dlaczego ja si� tak poc�? - spyta� g�o�no. Yee-xing wsun�a mu d�o� pod rami� w akcie moralnego wsparcia.
- Wszystko b�dzie dobrze - odpowiedzia�a troch� nie na temat - w taki czy inny spos�b. Audee Walthers spojrza� na ni� w d� z wdzi�czno�ci�. Walthers nie by� szczeg�lnie wysoki, ale Janie Yee-xing by�a rzeczywi�cie drobniutka; wszystko w niej by�o malutkie z wyj�tkiem oczu, l�ni�cych i czarnych, a zawdzi�cza�a to operacji - ten b��d pope�ni�a w czasach, gdy by�a zakochana w szwedzkim bankierze i my�la�a, �e tylko mongoloidalne oczy przeszkadzaj� mu w odwzajemnieniu tego uczucia. - No i co? Wchodzimy?
Walthers nie mia� poj�cia o czym ona m�wi i chyba okaza� to zmarszczeniem brwi; Yee-xing dotkn�a jego ramienia swoj� ma��, kszta�tn� g��wk� i spojrza�a w stron� tablicy z nazw� sklepu. Blade litery, wygl�daj�ce, jakby je zawieszono na tle hebanowej pustki, g�osi�y:
�ycie Po �mierci
Walthers przyjrza� si� im i znowu spojrza� na ni�.
- To przedsi�biorca pogrzebowy - odgad� i roze�mia� si�, kiedy zrozumia� jej �art. - Ale a� tak �le jeszcze z nami nie jest, Janie.
- Nie - odpar�a - a w�a�ciwie niezupe�nie. Nie poznajesz tej nazwy? - I wtedy oczywi�cie j� rozpozna�:
to by�a jedna z firm Robinette'a Broadheada z listy �ci�gni�tej z sieci.
Im wi�cej si� dowiadujesz o Broadheadzie, tym wi�ksze prawdopodobie�stwo, �e wymy�lisz co�, co sk�oni go do ubicia interesu; to mia�o jaki� sens.
- Czemu nie? - rzek� Walthers przyzwalaj�co i poprowadzi� j� przez kurtyn� powietrzn� w ch�odne, mroczne zakamarki biura. Je�li nawet nie by�o to biuro przedsi�biorcy pogrzebowego, wn�trze urz�dza�a im ta sama firma od dekoracji wn�trz. W tle rozbrzmiewa�a cicha, trudna do okre�lenie muzyka, rozchodzi� si� te� zapach dzikich kwiat�w, cho� jedyn� dekoracj� by� bukiet bladych r� w kryszta�owym wazonie. Wysoki, przystojny, niem�ody ju� m�czyzna pojawi� si� mi�dzy nimi; Walthers nie zauwa�y� czy wsta� on z jednego z krzese�, czy te� zmaterializowa� si� jako hologram. Posta� u�miechn�a si� �agodnie i spr�bowa�a odgadn��, jakiej s� na narodowo�ci. Nie uda�o jej si� to.
- Guten tag - zwr�ci� si� do Walthersa, za� do Yee-xing - Gor ho oj nej.
- Oboje m�wimy po angielsku - rzek� Walthers. - A pan?
Wypiel�gnowane brwi unios�y si� w g�r�.
- Oczywi�cie. Witamy w firmie �ycie Po �mierci. Czy w pa�stwa otoczeniu jest kto�, kto wkr�tce umrze?
- Nikt, o kim bym wiedzia� - odpar� Walthers.
- Rozumiem. Oczywi�cie, mo�emy wiele osi�gn�� nawet wtedy, gdy osoba jest ju� w stanie �mierci metabolicznej, cho� im szybciej rozpoczniemy transfer, tym lepiej... Czy mo�e w spos�b odpowiedzialny planuj� pa�stwo w�asn� przysz�o��?
- Ani jedno, ani drugie - rzek�a Yee-xing. - Chcemy tylko dowiedzie� si� czego� o pa�stwa ofercie.
- Oczywi�cie. - M�czyzna u�miechn�� si�, wskazuj�c im gestem miejsca na wygodnej kanapie. Nie zauwa�yli, jak to zrobi�, ale �wiat�a sta�y si� ja�niejsze, a muzyka zabrzmia�a o par� decybeli g�o�niej. - Oto moja wizyt�wka - powiedzia�, podaj�c Walthersowi kartonik i zarazem rozwi�zuj�c trapi�cy go problem: wizyt�wka
by�a materialna, podobnie jak palce, kt�re mu j� poda�y. - Mo�e opowiem troch� o podstawowych problemach; p�niej pozwoli nam to zaoszcz�dzi� nieco czasu. Przede wszystkim, �ycie Po �mierci nie jest �adn� organizacj� religijn� i nie ro�ci sobie pretensji do oferowania zbawienia. Oferujemy jedynie pewn� form� przetrwania. To, czy pa�stwa osobowo�ci - takie, jakimi s� tu i teraz, w tym pokoju - b�d� tego �wiadome, czy nie - u�miechn�� si� - to problem, nad kt�rym ci�gle dyskutuj� metafizycy. Gwarantujemy jednak, �e pa�stwa zachowane osobowo�ci, je�li zdecydujecie si� na tak� operacj�, przejd� test Turinga, oczywi�cie pod warunkiem, �e w momencie rozpocz�cia transferu m�zg b�dzie w dobrym stanie, za� otoczenie, jakie postrzega zachowany klient, b�dzie wybrane z listy dost�pnych mo�liwo�ci. Oferujemy ponad dwie�cie �rodowisk, od... Yee-xing pstrykn�a palcami.
- Zmarli - rzek�a, nagle pojmuj�c. Sprzedawca skin�� g�ow�, cho� jego wyraz twarzy sta� si� nieco spi�ty.
- Tak w�a�nie nazywano orygina�y, owszem. Jak widz�, znany jest pa�stwu artefakt zwany Niebem Heech�w, kt�ry teraz jest wykorzystywany jako transportowiec dla kolonist�w...
- Jestem Trzecim Oficerem tego transportowca - odpar�a Yee-xing, wszystko si� zgadza�o z wyj�tkiem u�ytego czasu tera�niejszego - a m�j obecny tu przyjaciel Si�dmym.
- Zazdroszcz� pa�stwu - rzek� sprzedawca, a wyraz jego twarzy dowodzi�, �e faktycznie tak by�o. Zazdro�� nie przeszkodzi�a mu jednak w wykonywaniu obowi�zk�w sprzedawcy i Walthers s�ucha� z uwag�, trzymaj�c Janie Yee-xing za r�k�. Cieszy� si� z dotyku tej r�ki; dzi�ki temu nie my�la� ostatnio o Zmar�ych i ich protegowanym, Wanie, a przynajmniej o tym, co prawdopodobnie Wan robi w tej chwili.
Oryginalni Zmarli, jak twierdzi� sprzedawca, zostali niestety sknoceni; transfer ich wspomnie� i osobowo�ci z wilgotnych, szarych zasobnik�w mieszcz�cych si� w ich
czaszkach do kryszta�owych zbior�w danych, kt�re chroni�y ich od �mierci, zosta� przeprowadzony przez niefachow� si�� robocz�, za pomoc� sprz�tu, kt�ry skonstruowano dla zupe�nie innej rasy. Dlatego te� zapis by� niedoskona�y. Najprostszym sposobem wyobra�enia sobie tego problemu, jak obja�ni� sprzedawca, by�o u�wiadomienie sobie, �e Zmarli doznali takiego wstrz�su z powodu niefachowego transferu, �e dostali �wira. Ale co� takiego nie mia�o obecnie miejsca. Aktualne procedury zapisu zosta�y udoskonalone tak, �e ka�dy ze zmar�ych m�g� prowadzi� konwersacj� z tymi, kt�rzy go prze�yli, tak sprytnie, �e nie r�ni�o si� to od rozmowy z �yw� osob�. Wi�cej! Sam pacjent prowadzi� w zbiorach danych aktywne �ycie. M�g� do�wiadczy� muzu�ma�skiego, chrze�cija�skiego czy scjentologicznego raju, kompletnego, zawieraj�cego odpowiednio pi�knych ch�opc�w rozsypanych jak per�y na trawie, ch�ry anielskie, czy te� samego L. Rona Hubbarda. Je�li nie mia� religijnych ci�got, m�g� prze�ywa� przygody (popularnym wyborem by�y: wspinaczka g�rska, nurkowanie, jazda na nartach, lotniarstwo i tai-chi w locie swobodnym), m�g� s�ucha� dowolnej muzyki, w dowolnie wybranym towarzystwie... i oczywi�cie (nie b�d�c w stanie oceni� poprawnie charakteru znajomo�ci Walthersa i Yee-xing, sprzedawca poda� im t� informacj� w neutralny spos�b) seks. Wszelkie odmiany seksualnego do�wiadczenia. Nieprzerwanie.
- Jakie to nudne - rzek� Walthers, zadumawszy si� nad tym, co us�ysza�.
- Dla pana i dla mnie - przyzna� sprzedawca - ale nie dla nich. Widzi pan, oni nie pami�taj� zbyt dobrze zaprogramowanych do�wiadcze�. Tym zbiorom danym aplikuje si� przyspieszone uprzedzenie do rozk�adu. Nie dla innych. Je�li pewnego dnia porozmawia pan z ukochan�, potem wr�ci do tej rozmowy po roku, ona b�dzie to �wietnie pami�ta�. Ale zaprogramowane do�wiadczenia przelatuj� przez ich umys�y jak burza -po prostu mi�e wspomnienia przyjemno�ci, wi�c chc� bez przerwy je prze�ywa�.
Kiedy programy i bazy danych tak zwanych Zmar�ych sta�y si� dost�pne do bada�, moja tw�rczyni, S. Ja. Broadhead, by�a rzecz jasna ogromnie nimi zainteresowana. Postawi�a przed sob� zadanie skopiowania tego dzie�a. Najbardziej z�o�onym wyzwaniem by�a oczywi�cie transkrypcja bazy danych ludzkiego m�zgu i systemu nerwowego, kt�ry jest zapisywany chemicznie i w spos�b nadmiarowy, na wachlarze Heech�w. Uda�o jej si� to na tyle znakomicie, �e nie tylko za�o�y�a sie� przedsi�biorstw �ycie Po �mierci, ale tak�e stworzy�a mnie. Zapis danych w �ycie Po �mierci opiera� si� na jej najwcze�niejszych badaniach. P�niej sz�o coraz lepiej - lepiej nawet ni� Heechom - i zdo�a�a po��czy� nie tylko ich technologie, ale r�wnie� niezale�ne techniki wynalezione przez ludzko��. Zmarli nigdy nie przechodzili Testu Turinga. Dzie�a stworzone przez Essie Broadhead, po jakim� czasie, potrafi�y. I przechodzi�y.
- Jakie to straszne - rzek�a Ye-xing. - Audee, musimy ju� wraca� do hotelu.
- Za chwil�, Janie. Wspomnia� pan co� o rozmawianiu z nimi.
Oczy sprzedawcy zab�ys�y.
- Oczywi�cie. Niekt�rzy z nich uwielbiaj� rozmawia�, tak�e z nieznajomymi. Maj� pa�stwo jeszcze chwilk�? To naprawd� bardzo proste. - Nie przerywaj�c monologu poprowadzi� ich do konsoli piezowizyjnej, zajrza� do owini�tego w jedwab spisu i wystuka� kilka kod�w. - Autentycznie si� zaprzyja�ni�em z niekt�rymi z nich - wyzna� nieco zawstydzony. - Kiedy nic si� nie dzieje w biurze, cz�sto wywo�uj� kt�rego� z nich i ucinamy sobie mi�� pogaw�dk�... O, Rex! Jak si� masz?
- Znakomicie - odpar� przystojny, opalony starszy pan, kt�ry pojawi� si� na ekranie piezowizora. - Mi�o ci�
widzie�! Przedstawisz mnie swoim przyjacio�om? - doda� spogl�daj�c z sympati� na Walthersa i Yee-xing. Gdyby istnia� jaki� idealny wizerunek m�czyzny, kt�ry przekroczy� ju� pewien wiek, to w�a�nie by�o to; mia� wszystkie w�osy i chyba te� wszystkie z�by; mia� zmarszczki mimiczne przy k�cikach oczu, ale reszta jego twarzy pozosta�a g�adka, a oczy promieniowa�y �wiat�em i ciep�em. Grzecznie wymieni� z nimi powitania. Zapytany o to, co robi, lekko wzruszy� ramionami.
- Zaraz b�d� �piewa� Catulli Carmina w Operze Wiede�skiej, no wiecie. - Mrugn��. - Pierwsza sopranistka jest naprawd� pi�kna, a te seksowne pie�ni naprawd� bra�y j� ju� na pr�bie.
- Zdumiewaj�ce - mrukn�� Walthers, gapi�c si� na niego. Janie nie by�a jednak a� tak zachwycona.
- Nie chcemy panu przeszkadza� w rozkoszowaniu si� muzyk� - rzek�a uprzejmie. - Chyba ju� musimy i��.
- Oni poczekaj� - o�wiadczy� z zachwytem Rex. - Zawsze czekaj�.
Walthers by� zafascynowany.
- Prosz� mi powiedzie� - spyta� - kiedy m�wi� panowie o... towarzyszach w tym... e... stanie... czy mo�na sobie zupe�nie dowolnie wybiera� towarzyszy? Nawet w�r�d tych, kt�rzy jeszcze �yj�?
Pytanie by�o skierowane do sprzedawcy, ale Rex odezwa� si� pierwszy. Spogl�da� przenikliwie i ze wsp�czuciem na Walthersa.
- Z kim tylko chcesz - rzek� i skin�� g�ow�, jakby dzieli� si� z nim jak�� tajemnic�. - Ze wszystkimi �ywymi, zmar�ymi czy wymy�lonymi. Poza tym, panie Walthers, oni zrobi� wszystko, co tylko pan chce! - Posta� zachichota�a. - Zawsze powtarzam - doda�, - �e to, co wy nazywacie �yciem, jest tylko wst�pem do prawdziwej egzystencji, jak� si� tu uzyskuje. Nie potrafi� zrozumie�, dlaczego ludzie tak d�ugo to odk�adaj�!
Biura �ycie Po �mierci by�y w istocie czym� w rodzaju firm - pochodnych, do kt�rych mia�em najwi�kszy zapa�, nie dlatego, �e wykazywa�y du�e zyski. Kiedy odkryli�my, �e Heechowie potrafili przechowywa� zawarto�� umys��w swoich zmar�ych za pomoc� maszyn, zapali�o mi si� w g�owie �wiate�ko. C�, m�wi� do mojej kochanej �ony, je�li oni potrafili, to czemu my nie? C�, odpowiada moja kochana �ona, nie ma �adnego powodu, dla kt�rego mia�oby si� nam to nie uda�, Robinie, dla pewno�ci daj mi tylko troch� czasu, �ebym mog�a rozpracowa� kodowanie. Nie podj��em �adnej decyzji odno�nie tego, czy chcia�bym, aby tak� operacj� przeprowadzono na mnie, kiedy i czy w og�le. By�em jednak pewien, �e nie chc�, by zrobiono to Essie, przynajmniej jeszcze nie wtedy i by�em bardzo szcz�liwy, �e zamach sko�czy� si� tylko na rozbitym nosie.
C�, by�o co� jeszcze. Z tego powodu zawarli�my znajomo�� z policj� w Rotterdamie. Umundurowany sier�ant przedstawi� nas brygadierowi, kt�ry zabra� nas do biura swoim szybkim samochodem z migaj�cymi �wiat�ami i zaproponowa� kaw�. Nast�pnie brygadier Zuitz zaprowadzi� nas do biura inspektor Van Der Waal, olbrzymiej, wysokiej kobiety ze staro�wieckimi szk�ami kontaktowymi, przez co jej oczy wygl�da�y, jakby mia�y wyskoczy� z oczodo��w ze wsp�czucia. Przez ca�y czas, kiedy prowadzi�a nas po schodach - schodach! - rozlega�o si� "Jakie to musia�o by� dla pana nieprzyjemne, Mijnheer" i "mam nadziej�, �e ta rana nie przysparza pani cierpie�, Mevrouv", a� dotarli�my do biura komisarza Lutzleka, kt�ry stanowi� zupe�ni inny typ cz�owieka. Niski. Szczup�y. Jasnow�osy, o twarzy s�odkiego ch�opczyka, cho� musia� ju� mie� z pi��dziesi�t lat, skoro zosta� komisarzem generalnym. �atwo by�o sobie wyobrazi�, jak wsadza r�k� do rowu i trzyma j� tam, dop�ki musi, no chyba, �e utonie. Ale nie�atwo by�o sobie wyobrazi�, �e m�g�by si� podda�.
- Dzi�kuj�, �e stawili si� tu pa�stwo w zwi�zku z t� spraw� w Stationsplein - powiedzia�, kiedy ju� si� usadowili�my.
- Z tym wypadkiem - rzek�em.
- Nie. Z przykro�ci� musz� stwierdzi�, to nie by� wypadek. Gdyby tak by�o, to by�aby sprawa raczej dla policji miejskiej, nie dla mnie. St�d to �ledztwo i dlatego
prosimy pa�stwa o wsp�prac�.
- Nasz czas jest zbyt cenny, �eby�my marnowali go na co� takiego - rzek�em, pr�buj�c usadzi� go na miejscu. Nie da� si� usadzi�.
- Pa�stwa �ycie jest jeszcze cenniejsze.
- No bez przesady! Jeden z �o�nierzy na paradzie robi� m�ynka pistoletem, mia� go za�adowanego i bro� wypali�a.
- Mijnheer Broadhead - powiedzia�, - po pierwsze �aden �o�nierz nie mia� za�adowanego pistoletu; pistolety i tak nie maj� iglicy. Po drugie, ci �o�nierze w og�le nie s� �o�nierzami; to s� studenci z college'u, kt�rych zatrudnia si�, �eby si� przebrali na parad�, jak stra�nicy przed Pa�acem Buckingham. Po trzecie, strza� nie pad� od strony parady.
- Sk�d pan to wie?
- Bo znale�li�my ju� ten pistolet. - Wygl�da� na nie�le wkurzonego. - W policyjnej szafce! Jest to dla mnie do�� k�opotliwe, Mijnheer, jak �atwo sobie pan mo�e wyobrazi�. Dodatkowe si�y policyjne �ci�gni�te na parad� korzysta�y z ruchomej przebieralni w furgonetce. "Policjant" , kt�ry wystrzeli� nie by� znany innym w tym oddziale, ale �ci�gni�to ich z r�nych jednostek. Przyszed� posprz�ta� po paradzie, szybko si� przebra� i odszed�, zostawiaj�c otwart� szafk�. Nie by�o tam nic poza mundurem, pewnie kradzionym, pistoletem oraz pa�skim zdj�ciem. Nie zdj�ciem Mevrouw. Pana.
Odchyli� si� na oparcie krzes�a i czeka�. Twarz s�odkiego ch�opczyka pozostawa�a spokojna.
Ale ja nie. Chwil� trwa, zanim do cz�owieka dotrze, �e kto� powzi�� zamiar zabicia go. To by�o przera�aj�ce. Nie sam fakt bycia zabitym; to jest przera�aj�ce z definicji, a mog� opowiedzie�, w jaki stan przera�enia wpadam, kiedy wygl�da na to, �e �mier� jest blisko, z wielu niezapomnianych a nawet powt�rnie prze�ywanych do�wiadcze�.
- Wie pan, jak si� teraz czuj�? - spyta�em. - Winny! Czuj�, jakbym zrobi� co�, przez co kto� naprawd� mnie nienawidzi.
- Dok�adnie tak, panie Broadhead. Co pana zdaniem mog�oby to by�?
- Nie mam poj�cia. Je�li znajdziecie tego cz�owieka, to pewnie znajdziecie i przyczyn�. To nie powinno by� trudne - pewnie zostawi� jakie� odciski palc�w albo co�? Widzia�em kamery stacji telewizyjnych, mo�e nawet znajdziecie go na czyim� filmie...
Westchn�� ci�ko.
- Mijnheer, prosz� mnie nie uczy� policyjnych procedur. Oczywi�cie wszystkie te rzeczy w�a�nie sprawdzamy, plus do tego przes�uchania wszystkich, kt�rzy mogli tego m�czyzn� widzie�, plus analiza potu, jaki pozosta� w ubraniu oraz wszelkie inne metody identyfikacji. Zak�adam, �e facet by� profesjonalist�, wi�c wszystkie te metody i tak zwiod�. Chcemy wi�c podej�� do tego od innej strony. Jakich ma pan wrog�w i co pan robi w Rotterdamie?
- Nie wydaje mi si�, �ebym mia� jakich� wrog�w. Konkurencja w interesach, to mo�e, ale oni nie morduj� ludzi. Odczeka� chwil� cierpliwie, wi�c doda�em
- Je�li chodzi o to, co robi� w Rotterdamie, to chyba jest to powszechnie znane. Moje interesy wymagaj� udzia�u w eksploatacji niekt�rych artefakt�w Heech�w.
- O tym mi wiadomo - odpar�, ju� nie tak cierpliwie. Wzruszy�em ramionami.
- Jestem stron� w procesie w Mi�dzynarodowym Pa�acu Sprawiedliwo�ci.
Commissaris otworzy� jedn� z szuflad biurka, zajrza� do niej i z ponur� min� j� zatrzasn��.
- Mijnheer Broadhead - rzek� - odby� pan w Rotterdamie wiele spotka� nie zwi�zanych z tym procesem, ale z problemem terroryzmu. Chce pan, �eby zaprzestano tej dzia�alno�ci.
- Wszyscy tego chcemy - odpar�em, ale to, co czu�em w moim brzuchu nie wi�za�o si� tylko z moimi rozpadaj�cymi si� bebechami. My�la�em, �e zachowuj� si� bardzo dyskretnie.
- Wszyscy tego chcemy, ale pan robi co� w tym kierunku robi, Mijnheer. S�dz� wi�c, �e teraz ma pan
wrog�w. Wrog�w nas wszystkich. Terroryst�w. - Wsta� i odprowadzi� nas do drzwi. - Dop�ki wi�c pozostaj� pa�stwo w mojej jurysdykcji, otrzymacie ochron� policyjn�. Poza tym mog� tylko prosi� o ostro�no��, gdy� moim zdaniem grozi pa�stwu niebezpiecze�stwo z ich strony.
- Wszystkim grozi - odpar�em.
- Losowo, tak, wszystkim. Ale pa�stwo s� szczeg�lnym przypadkiem.
Nasz hotel zbudowano w czasach �wietno�ci, dla sypi�cych got�wk� turyst�w i bogatych nierob�w. Nasze apartamenty zosta�y urz�dzone wed�ug ich gustu. Ale nie wed�ug naszego. Ani ja, ani Essie nie przepadali�my za s�omianymi matami ani wyrze�bionymi w klocach drewna poduszkami, ale kierownictwo wyrzuci�o je i wstawi�o przyzwoite ��ko. Okr�g�e i wielkie. Marzy�em sobie, �e b�d� sporo z niego korzysta�. Niewielki za� po�ytek by� z hollu, kt�ry stanowi� przyk�ad znienawidzonej przeze mnie architektury: sklepione przej�cia, wi�cej fontann ni� w Wersalu i tyle luster, �e kiedy spojrza�e� w g�r�, mia�e� wra�enie, �e jeste� w kosmosie. Kiedy przeszli�my przez sympatyczne biura commissaris, dzi�ki m�odemu policjantowi, kt�rego oddelegowano, by eskortowa� nas w drodze do hotelu, oszcz�dzono nam tego. Przemycono nas kuchennym wej�ciem, wy�cie�an� tapicerk� wind�, kt�ra cuchn�a dowo�onym do pokoi jedzeniem, na nasze pi�tro, gdzie nast�pi�a zmiana dekoracji. Na klatce schodowej, naprzeciwko drzwi do naszego apartamentu, sta�a uskrzydlona marmurowa Wenus. Teraz mia�a towarzysza w niebieskim mundurze, m�czyzn� wygl�daj�cego dok�adnie przeci�tnie, kt�ry uwa�nie unika� mojego wzroku. Spojrza�em na eskortuj�cego nas policjanta. U�miechn�� si� z zak�opotaniem, skin�� koledze tkwi�cemu na klatce schodowej i zamkn�� za nami drzwi.
Byli�my szczeg�lnym przypadkiem, ale fajnie.
Usiad�em i przyjrza�em si� Essie. Wci�� mia�a spuchni�ty nos, ale chyba nie przejmowa�a si� tym. Mimo to zaproponowa�em:
- A mo�e powinna� si� po�o�y�?
Spojrza�a na mnie z pe�n� tolerancji sympati�.
- Z powodu spuchni�tego nosa? Ale� z ciebie g�uptas. Czy mo�e masz jakie� ciekawsze propozycje na my�li?
Trzeba odda� sprawiedliwo�� mojej kochanej �onie - kiedy tylko wysz�a z t� propozycj�, m�j zepsuty dzie� i bol�ce jelito zacz�y akcj� protestacyjn�. Rzeczywi�cie mia�em co� na my�li. Mo�na by s�dzi�, �e po dwudziestu pi�ciu latach nawet seks zaczyna by� nudny. M�j specjalista od wyszukiwania danych, Albert, opowiedzia� mi raz, �e badania przeprowadzone na zwierz�tach laboratoryjnych wykaza�y, �e to nieuniknione. Samce szczur�w zostawiono z partnerkami i mierzono cz�stotliwo�� stosunk�w. Zaobserwowano sta�y spadek w czasie. Nuda. Zabrali wi�c tamte samice i wprowadzili nowe. Szczury o�ywi�y si� i zabra�y do roboty z ochot�. Jest to wi�c udowodniony naukowo fakt - w przypadku szczur�w - ale ja chyba nie jestem szczurem, przynajmniej nie w tym sensie. Zabawia�em si� ca�kiem przyjemnie, kiedy nagle, bez ostrze�enia, jakby kto� wpakowa� mi n� w brzuch.
Nie mog�em tego opanowa�. Wrzasn��em.
Essie odepchn�a mnie. B�yskawicznie usiad�a i wywo�a�a Alberta po rosyjsku. Jego hologram pos�usznie o�y�. Spojrza� na mnie spod p�przymkni�tych powiek i pokiwa� g�ow�.
- Tak - rzek� - pani Broadhead, prosz� umie�ci� nadgarstek Robina na dozowniku przy stoliku nocnym.
By�em zgi�ty wp�, obejmuj�c si� ramionami z b�lu. Przez chwil� my�la�em, �e zwymiotuj�, ale to, co siedzia�o w moich bebechach by�o zbyt wredne, �eby tak �atwo si� podda�.
- Zr�b co�! - krzykn�a Essie, histerycznie przyciskaj�c mnie do nagiej piersi, kiedy przycisn��em rami� do stolika.
- Ju� co� robi�, pani Broadhead - odpar� Albert i rzeczywi�cie musia�em doceni� nag�e odczucie oboj�tno�ci, kiedy ig�a dozownika aplikuj�cego leki pod
wysokim ci�nieniem wstrzykn�a co� w moje rami�. B�l cofn�� si� i sta� si� zno�ny. - Nie chcia�bym ci� za bardzo straszy�, Robin - rzek� Albert �agodnie. - Spodziewa�em si� tego ataku b�lu spowodowanego niedokrwisto�ci� ju� od paru godzin. To tylko objaw.
- Cholerny arogancki programie! - wrzasn�a Essie, kt�ra go przecie� sma napisa�a. - Objaw czego?!
- Rozpocz�cia procesu ostatecznego odrzucenia przeszczepu, pani Broadhead. Stan nie jest jeszcze krytyczny, gdy� ju� zacz��em podawanie lek�w wraz ze �rodkami przeciwb�lowymi. Jednak sugerowa�bym wykonanie jutro operacji.
Czu�em si� ju� na tyle lepiej, �e by�em w stanie usi��� na brzegu ��ka. Przejecha�em palcem u nogi po strza�kowatym wzorze wskazuj�cym w stron� Mekki, kt�ry wpleciono w dywanik przeznaczony dla dawno zaginionych magnat�w naftowych i spyta�em:
- A co ze zgodno�ci� tkanek?
- To ju� zosta�o za�atwione, Robin. Rozlu�ni�em na pr�b� �o��dek. Nie eksplodowa�.
- Mam jutro mn�stwo spotka� - przypomnia�em. Essie, kt�ra ko�ysa�a mnie �agodnie, rozlu�ni�a si� i westchn�a.
- Uparciuch! Po co to odk�ada�? Mog�e� mie� przeszczep ca�e tygodnie temu i nie by�oby tego zamieszania.
- Nie chcia�em - wyja�ni�em. - A poza tym Albert m�wi�, �e ci�gle mamy czas.
- Mamy czas! Tak, pewnie, mieli�my czas. Czy to jest pow�d, �eby przeznaczy� ten czas na bzdury, a potem, przepraszam, stanie si� co� nieprzewidzianego, nie b�dzie czasu i umrzesz? Lubi� ci�, jak jeste� ciep�y i �ywy, Robin, a nie jako program �ycie Po �mierci!
Dotkn��em j� nosem i podbr�dkiem.
- Chory cz�owieku! Id� ode mnie! - warkn�a, ale nie odsun�a si�. - Ha! Lepiej si� czujesz?
- O wiele lepiej.
- Na tyle lepiej, �eby m�wi� rozs�dnie i ustali� wizyt� w szpitalu?
Dmuchn��em jej w ucho.
- Essie - powiedzia�em - na pewno tak zrobi�, ale nie w tej chwili, bo je�li dobrze pami�tam, mamy jedn� nieza�atwion� spraw�. Ale to nie dotyczy Alberta. B�d� uprzejmy si� wi�c wy��czy�, przyjacielu.
- Oczywi�cie, Robinie. - U�miechn�� si� i znik�. Ale Essie odsun�a si� ode mnie i d�ugo patrzy�a mi w twarz zanim potrz�sn�a g�ow�.
- Zaraz, Robinie - rzek�a. - Czy ty chcesz, �ebym zapisa�a ci� w postaci programu �ycie Po �mierci?
- Ale� sk�d! - odpar�em. - A je�li mam by� szczery, to nie o tym chcia�em z tob� podyskutowa�.
- Podyskutowa�! - wzdrygn�a si�. - Ha, wiem, jak ty dyskutujesz... Chcia�am tylko powiedzie�, �e je�li kiedy� ci� zapisz�, to mo�esz by� pewny, �e pod paroma wzgl�dami napisz� ci� zupe�nie inaczej!
Ale� to by� dzie�. Nic dziwnego, �e nie pami�ta�em o paru nieistotnych drobiazgach. Ale m�j program sekretarski oczywi�cie o nich pami�ta�, a ja sobie przypomnia�em, kiedy drzwi od spi�arni kamerdynera otworzy�y si� i wkroczy� orszak kelner�w z kolacj�. Nie na dwie osoby. Na cztery.
- Och, m�j Bo�e - rzek�a Essie, uderzaj�c si� r�k� w czo�o. - Tw�j biedny przyjaciel z twarz� jak �aba, Robinie, zaprosi�e� go na obiad! A sp�jrz na siebie! Boso! W bieli�nie! Naprawd�, niekulturny, Robin. Natychmiast id� i ubierz si�!
Wsta�em, gdy� k��cenie si� z ni� nie mia�o sensu, ale mia�em ochot� troch� si� podroczy�.
- Ja w bieli�nie, a co z tob�?
Rzuci�a mi gorzkie spojrzenie. Mia�a na sobie taki chi�ski ciuch rozci�ty po bokach, kt�ry wygl�da� w tym samym stopniu na sukienk�, jak i na koszul� nocn� i u�ywa�a go w jednym oraz w drugim charakterze.
- W przypadku laureata nagrody Nobla - odpar�a karc�co - to, co ma on na sobie, zawsze jest stosownym strojem. Poza tym ja wzi�am prysznic, a ty nie, wi�c zr�b to, bo woniejesz uprawianiem seksu i - o m�j Bo�e - doda�a, nadstawiaj�c uszu na dochodz�ce od drzwi odg�osy - oni chyba ju� tu s�!
Ruszy�em do �azienki, za� Essie pod��y�a w stron� drzwi, oci�ga�em si� za� wystarczaj�co d�ugo, by us�ysze� odg�osy k��tni. Najmniejszy z ekspert�w obs�uguj�cych go�ci kelner�w tak�e s�ucha�, z grymasem na twarzy, odruchowo si�gaj�c w stron� wybrzuszenia pod pach�. Westchn��em, zostawi�em ich samym sobie i ruszy�em do �azienki.
Tak naprawd�, to nie by�a to do ko�ca �azienka. W rzeczy samej by� to salon k�pielowy. Wanna by�a wystarczaj�co du�a dla dw�ch os�b. Mo�e nawet dla trzech albo czterech, ale nie operowa�em na liczbach wi�kszych ni� dwa, cho� czasem zastanawia�em si�, co w tej wannie wyprawiali arabscy tury�ci. W sam� wann� wbudowano o�wietlenie, a otacza�y j� rze�by, z kt�rych la�a si� ciep�a i zimna woda, a ca�� �azienk� wy�ciela� strzy�ony dywan. Wszystkie te ma�e pospolite rzeczy, jak toalety, ukryto w ma�ych dekoracyjnych pokoikach. To by�o eleganckie, ale te� mi�e.
- Albercie - zawo�a�em wci�gaj�c bluz� przez g�ow�, a on odpowiedzia�:
- Tak, Robinie?
W �azience nie by�o wizji, tylko fonia.
- Nawet mi si� tu podoba - powiedzia�em. - Sprawd�, czy mo�esz �ci�gn�� mi plany zbudowania czego� takiego w domu nad Morzem Tappajskim.
- Oczywi�cie, Robinie - odpar� - ale czy tymczasem m�g�bym ci przypomnie�, �e twoi go�cie czekaj�?
- Mo�esz, gdy� ju� to zrobi�e�.
- Poza tym, Robinie, nie powiniene� si� przem�cza�. Lek, kt�ry ci poda�em, b�dzie mia� tymczasowe dzia�anie, je�li nie...
- Wy��cz si� - rozkaza�em i wkroczy�em do g��wnego salonu recepcyjnego, by powita� moich go�ci. St� zastawiono kryszta�ami i porcelan�, p�on�y �wiece, wino ch�odzi�o si� w wazie, a kelnerzy stali grzecznie uni�eni. Nawet ten z wypuk�o�ci� pod pach�,
- Przepraszam, �e musieli�cie na mnie czeka�, Audee - powiedzia�em u�miechaj�c si� do nich rado�nie - ale mia�em dzi� ci�ki dzie�.
- Ju� im m�wi�am - rzek�a Essie podaj�c talerz m�odej kobiecie o orientalnych rysach twarzy. - Musia�am, bo ten g�upi policjant przy drzwiach potraktowa� ich, jakby te� byli terrorystami.
- Pr�bowa�em wszystko wyja�ni� - mrukn�� Walthers - ale on w og�le nie rozumia� po angielsku. Pani Broadhead musia�a mu wyt�umaczy�. Przydaje si� m�wienie miejscowym dialektem.
Wzruszy�a wdzi�cznie ramionami.
- Jak m�wisz po niemiecku, to w Rotterdamie wystarczy. Poza tym - doda�a oznajmiaj�cym tonem - to tylko stan umys�u. Prosz� mi powiedzie�, kapitanie Walthers. Zaczyna pan m�wi� w jakim� j�zyku, druga osoba tego nie rozumie. Co pan sobie pomy�li?
- No, �e nie powiedzia�em tego dobrze.
- Ha! W�a�nie. Ale ja raczej my�l�, �e ona tego dobrze nie zrozumia�a. To jest podstawowa zasada m�wienia w obcym j�zyku.
Potar�em m�j brzuch.
- Zjedzmy co� - zaproponowa�em i ruszy�em do sto�u. Nie omieszka�em jednak zauwa�y� spojrzenia, jakie rzuci�a w moj� stron� Essie, wi�c podj��em wysi�ek bycia towarzyskim. - C�, jeste�my smutnie wygl�daj�cym towarzystwem - rzek�em rado�nie, czyni�c aluzj� do gipsu na ramieniu Walthersa, siniaka na policzku Yee-xing i nadal spuchni�tego nosa Essie. - Bili�cie si�, czy co?
Jak si� okaza�o, nie by�o to taktowne stwierdzenie, gdy� Walthers bezzw�ocznie poinformowa� mnie, �e owszem, tak by�o, pod wp�ywem opanowanego przez terroryst�w TNP. Przez chwil� gadali�my wi�c o terrorystach. Potem gadali�my o smutnej kondycji, w jak� wpakowa�a si� ludzka rasa. Nie by�a to radosna konwersacja, zw�aszcza dlatego, �e Essie wpad�a w filozoficzny nastr�j.
- Ale� �a�osn� istot� jest cz�owiek - zapoda�a, a potem zaprzeczy�a samej sobie. - Nie. Niesprawiedliwa jestem. Pojedyncza istota ludzka mo�e by� w porz�dku, tak w porz�dku, jak nasza siedz�ca tu czw�rka. Nie b�dzie doskona�a. Ale ze statystycznej pr�bki, powiedzmy,
stu ludzi, przejawia� dobro�, altruizm i przyzwoito�� - te wszystkie cechy, kt�re ludzie powa�aj� - b�dzie jakie� nie wi�cej ni� dwudziestu pi�ciu z nich. Ale narody? Ugrupowania polityczne? Terrory�ci? - Potrz�sn�a g�ow�. - Jedna szansa na sto, zero - rzek�a. - Albo mo�e jedna, ale wtedy mo�ecie by� pewni, �e to jaka� szulerska sztuczka. Widzicie, z�o si� kumuluje. W ka�dej ludzkiej istocie jest ziarenko z�a. Zbierzmy razem jakie� dziesi�� milion�w istot ludzkich, cho�by w ma�ym kraju b�d� ugrupowaniu, a dostaniemy do�� z�a, �eby zniszczy� ca�y �wiat!
- Prosz� poda� deser - rzek�em, przywo�uj�c gestem kelnera.
Mo�na by pomy�le�, �e dla ka�dego go�cia b�dzie to wystarczaj�co jasna aluzja, �eby si� wyni�s�, ale Walthers by� uparty. Oci�ga� si� przy jedzeniu deseru. Nalega� na opowiadanie mi historii swego �ycia i ci�gle patrzy� na kelner�w, a ja czu�em si� coraz bardziej nieswojo, nie tylko z powodu mojego brzucha.
Essie m�wi, �e nie mam cierpliwo�ci do ludzi. Pewnie nie. Przyjaciele, z kt�rymi najch�tniej wchodz� w interakcje, to raczej programy komputerowe, a nie ludzie z krwi i ko�ci, a one nie maj� uczu�, kt�re mo�na by zrani� - hm, nie jestem pewien, czy dotyczy to tak�e Alberta. Ale na pewno odnosi si� to do mojego programu sekretarskiego albo mojego kucharza. Pewnym by�o, �e zacz��em by� niecierpliwy w stosunku do Audee'go Walthersa. Jego �ycie by�o jak nudny brazylijski serial. Straci� �on� i oszcz�dno�ci. W spos�b nieuprawniony skorzysta� z wyposa�enia na pok�adzie S. Ja. przy wsp�udziale Yee-xing i wraz z ni� zosta� wylany. Wyda� ostatni grosz po to, �eby dosta� si� do Rotterdamu z bli�ej nieokre�lonego powodu, ale w oczywisty spos�b mia�o to co� wsp�lnego ze mn�.
Hm, nie jestem od tego, �eby "po�ycza�" pieni�dze przyjacio�om w tarapatach, ale widzicie, nie by�em tego dnia w nastroju. Nie chodzi�o tylko o strach o Essie czy zepsuty dzie�, ani o �widruj�ce przera�enie, kiedy te� dopadnie mnie nast�pny �wir z pistoletem. To raczej moje
przekl�te jelito dawa�o mi w ko��. W ko�cu kaza�em kelnerom posprz�ta�, cho� Walthers ci�gle oci�ga� si� nad swoj� czwart� fili�ank� kawy. Powlok�em si� w stron� stolika z likierami oraz cygarami i spojrza�em z niech�ci� na pod��aj�cego za mn� Walthersa.
- O co chodzi, Audee? - spyta�em, porzucaj�c grzeczno��. - Pieni�dze? Ile potrzebujesz?
Jak on wtedy na mnie spojrza�! Zawaha� si�, patrz�c, jak ostatni z kelner�w wymyka si� kuchennymi drzwiami, a potem zacz�� m�wi�.
- Tu nie chodzi o to, co ja potrzebuj� - rzek� dr��cym g�osem. - Jeste� naprawd� bogatym facetem, Robin. Mo�e nie przejmujesz si� lud�mi, kt�rzy dla ciebie wtykaj� �apy w g�wno, ale ja pope�ni�em ten b��d dwa razy.
Nie lubi�, jak mi si� przypomina, �e jestem komu� winien przys�ug�, ale nie mia�em szansy, �eby cokolwiek powiedzie�. Janie Yee-xing delikatnie po�o�y�a r�k� na jego zranionym nadgarstku.
- Po prostu powiedz mu, co znalaz�e� - rozkaza�a.
- Co masz mi powiedzie�? - nalega�em, a ten skurczy dra� wzruszy� ramionami i powiedzia� mi takim tonem, jakby chcia� oznajmi�, �e w�a�nie znalaz� na pod�odze moje kluczyki od samochodu:
- No, chcia�em ci powiedzie�, �e chyba znalaz�em prawdziwego, �ywego Heecha.